4 December 2015

how important it is for me (yet stupid)


"La música es un arte tan hermoso,
que no se debe escuchar, se debe sentir"

Wczoraj dotarło do mnie, ile tak naprawdę znaczy dla mnie muzyka. Wiem, że to może wydawać się głupie, ale jestem w stanie wydać dużo pieniędzy na bilet, który przeniesie mnie w inny świat. Ktoś powie, że to tylko muzyka, jakieś tam dźwięki, że ważniejsze są studia, kolokwia, notatki. No tak... Od ostatnich dwóch lat wszystko obraca się wokół nauki, studiów, wykładów, egzaminów. Każdy człowiek ma czasami po prostu dość. Mam takie dni, kiedy jedyną rzeczą jakiej pragnę jest odcięcie się od ludzi, od reszty tego pędzącego donikąd świata. Lubię przenosić się w inny wymiar. Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy nie słuchają muzyki albo mówią, że to tylko jakieś nic nie znaczące nutki. Nie wiem, jak można żyć bez muzyki.

Dzięki ulubionym dźwiękom unoszę się ponad wszystko, jestem w swoim świecie, mogę być kim chcę, nikt mnie nie ogranicza, czuję wszechobecną wolność. Aspołeczność utrudnia mi życie. Mogłoby się wydawać, że koncerty to nie jest dobry pomysł, bo stanie w tłumie obcych ludzi może przyprawić mnie o napady lęku, ale mój pierwszy koncert zmienił moje życie o milion stopni. Z jednej strony bariera jaką muszę pokonać, by zagadać do obcej osoby jest tak ogromna, że często nie umiem jej przeskoczyć, ale z drugiej strony napawanie się idyllicznymi tonami z tysiącem osób, które kochają to samo, co ja jest uczuciem tak bardzo idealnym, że aż prawie nierealnym. Koncerty dają mi tyle radości... 


12 grudnia, MTP, Sala Ziemi, Poznań, 19:00... Symfoniczny koncert zespołu Coma. Wiecie ile kosztuje bilet? Za te pieniądze mogłabym kupić 80 biletów ulgowych, 6 lakierów Essie, 2 szminki z MAC czy 85 pączków z cukierni na Półwiejskiej. Wydałam 170 zł na koncert zespołu, który wprowadza mnie w trans. To tylko koncert? Owszem, to tylko dwie godziny muzyki na żywo, przy której potrafię płakać jak nienormalna, bo w tekstach Comy widzę swoje życie, swoje problemy, swoje zmagania z rzeczywistością.


Może i jestem głupia. Może postąpiłam nierozsądnie, ale wiecie co? Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Moja euforia potrwa do 13 grudnia, ale według mnie warto. Symfoniczny koncert Comy był moim marzeniem od kilku lat, a teraz, kiedy to marzenie się spełnia, nie mogę uwierzyć, że to zrobiłam. Wydałam resztę swoich miesięcznych przychodów na cholerne dwie godziny rzępolenia na skrzypcach i szarpania strun gitary basowej. A może zrobiłam to, bo nadal mam nadzieję, że wyleczę swój strach przed ludzkością? Nie wiem... 



Zaobserwowałam, że ludzie aspołeczni lubią muzykę bardziej niż inni. Dlaczego? Bo wolą przebywać sam na sam ze sobą, ze swoją niepewnością i strachem, który muszą przezwyciężać codziennie przed wyjściem z domu. Nie zrozumieją tego osoby, które nigdy nie bały się kontaktów międzyludzkich, wyjść na miasto czy publicznych spotkań w gronie większym niż 3 osoby. Nikomu tego nie życzę. Strach przed samym sobą jest uczuciem gorszym niż najgorsze przerażenie.

Jak czują się osoby aspołeczne? Tak...

"Czasami wolę być zupełnie sam, niezdarnie tańczyć na granicy zła i nawet stoczyć się na samo dno, czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk."


żródło zdjęć: tumblr.com/google.com/facebook