12 March 2016

I could've been a writer #2


- Mam cholerną depresję, nie rozumiesz tego? Nie umiem sobie z tym poradzić. To mnie dusi, czuję się, jakbym miał pętlę wokół szyi, a ona coraz bardziej się zaciska. Któregoś dnia przestanę oddychać. Albo podetnę sobie żyły. Pieprzę takie życie.

- Piotr, przestań, znowu przesadzasz. Czytasz te głupie komentarze i ubzdurałeś sobie coś?

- Dla ciebie wszystko jest łatwe. Ja nie mam nawet chwili prywatności, moja prywata poszła się jebać. Żyję pod ciągłą presją i mam dość, ale ty tego kurwa nie ogarniasz, masz zbyt beztroskie życie.

Od jakiegoś czasu czułem się jakby ktoś mnie porządnie pogryzł, a później splunął mną w kanał. Jeśli kiedykolwiek pomyślisz, że sławni ludzie mają idealne życie, to uświadomię ci to teraz – grubo się mylisz. Ja już nie wiem, co to prywatność. Nawet z papierosem czy piwem muszę się chować, bo nigdy nie wiem, czy zza rogu nie wyskoczy jakiś popieprzony typ z aparatem droższym niż mój samochód, a później kontrowersyjne tytuły gazet będą mi szargać szczątki moich i tak poszarpanych nerwów.

Moje teksty to moje życie. Nigdy nie jestem bardziej szczery niż wtedy, kiedy przelewam swoje myśli na kartkę. Wszystko jest piękne. Ludzie biją brawo, krzyczą, skaczą i dobrze się bawią, później spektakl się kończy, a ja wracam do swojego zepsutego życia. Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdybym miał nóż, jak Loki. Stchórzyłbym? Racja, nie jestem na tyle odważny. Dla mojej bezimiennej zrobiłbym wszystko. Wiem, że muszę przy niej być, nie mogę jej zostawić. Podobno jestem „większy od nieba i większy od świata”. Szkoda, że czasami naprawdę potrafi sprawić, że wychodzę z siebie, staję obok i mam ochotę rzucić swoim nieobecnym ciałem przez okno.

- Za co lubisz Łódź? – zapytałem szeptem pomiędzy przemyśleniami, sam nie wiem po co i dlaczego.

- Za szarość dnia? Za uliczną sztukę? Za to, że spotkałam kogoś, kto wyciągnął mnie z wiecznego huraganu depresji przerywanego deszczem łez? Chyba zaraziłeś mnie swoją poetycką naturą. Musisz z tym żyć. – nieudolnie próbowała żartować, myśląc, że tymi małymi nonsensami zniszczy moją tragikomiczną bezsilność.

- Nienawidzę tego miasta. Ciągle pada, ulice płyną od rana do wieczora. Idealna pogoda na rzucenie się pod pędzący pociąg. – westchnąłem ciężko i pomyślałem, że to naprawdę nie jest dobry dzień.

Podszedłem do zasyfionego stolika stojącego na środku pokoju (tak, nienawidzę sprzątać, ochrzańcie idealnego Piotra za bycie bałaganiarzem) i nalałem sobie wina. Do pełna, bo dlaczego nie? Co z tego, że dopiero 12:00? Mam to w dupie. Dzisiaj wszystko mam w dupie. Upiłem spory łyk i od razu wiedziałem, że to dobry wybór. Alkohol pomaga na wszystko. Półwytrawne, czerwone jak krew, dzisiaj smakowało inaczej niż zwykle. Z prędkością odrzutowca przez głowę przelatywały mi stada myśli pogrążających mnie w beznadziejności życia. Co mam z nimi zrobić? Przegonić? Przeanalizować? Przezwyciężyć? Prze…

- Zaśpiewaj mi „Szwajcarski nóż”, kocham tę piosenkę. – powiedziała ledwie słyszalnym głosem bezimienna, mocno akcentując słowo „nóż”.

- Dzisiaj nie mam ochoty na nic, a już na pewno nie na śpiewanie. Najchętniej zakopałbym się pod podłogą i wyszedł dopiero w maju.

- Zaśpiewaj, chociaż kawałek. „Rękawy u koszuli poplamione krwią…” – zaczęła nucić chyba najsmutniejszą piosenkę ze wszystkich, co wcale nie poprawiło mi humoru.

- Loki gdzie twój nóż? Księżycowy nów… - mamrotałem niechętnie i bezmyślnie, gapiąc się w ścianę – Serio, młoda, nie jestem w nastroju, puść sobie to z płyty ok?

- Ów patron zbirów… Loki gdzie twój nóż… - bezimienna dalej ciągnęła tę bezsensowną zabawę.

- Przestań, kurwa… Nie rozumiesz, że nie chce mi się teraz śpiewać jakichś głupich pioseneczek? Wychodzę, mała. Wrócę wieczorem, poradzisz sobie? Zjedz coś, proszę. – starałem się brzmieć stanowczo, utrzymując jednak nadal delikatny ton.

Z jedzeniem było u niej źle, żeby nie powiedzieć tragicznie. Trzy ciastka i szklanka soku to nie posiłek. Kiedy pytałem, co jadła, dokładnie opisywała mi jak wyglądało ciastko, jaki miało biszkopt, czy było z kremem, czy w środku były wiśnie, czy budyń, a może było z lukrem na wierzchu. W przeciwieństwie do różnorodności ciastek i pączków sok zawsze był jabłkowy, inny ranił jej wewnętrzną jabłkową naturę. Pamiętam to od momentu, kiedy kilka lat temu razem poszliśmy na spacer po moim najgorszym w życiu koncercie w Łodzi. Przez ten czas nie ruszyła innego soku. Czy w jej malutkich, wąskich żyłach płynie coś innego poza kwaśnym sokiem jabłkowym? No tak, zapomniałbym… Jej krew to sok jabłkowy zmieszany z tekstami wszystkich moich piosenek. Bezimienna śpiewa je bez zająknięcia, z nienaganną dykcją i pauzami tam, gdzie trzeba. Potrafiła nawet po jednym wersie rozpoznać, co to za utwór.

Psychofanka? Jeśli jest psychofanką, to na pewno nie tą z gatunku „gimnazjalna psychofanka ubrana w Martensy, z ustami pomalowanymi bordową szminką skradzioną mamie i oczami w stylu szop pracz po przejściach”. Ona jest raczej z tego gatunku, którego nie da się określić. Na pewno nie jednym marnym słowem. Nie wiem nawet, czy ktoś taki jak Piotr Rogucki (tak! tak! ten w lustrze to niestety ja!) potrafiłby sklecić coś, co idealnie określa grupę psychofanek, do której należy moja bezimienna.

Ona nie zadawała głupich pytań, nie wypytywała o szczegóły nowej płyty, nie nagabywała mnie bez powodu, o nic się nie prosiła, nigdy nie była nachalna. Jest niesamowicie nieśmiała, aż do przesady. Bywają momenty, te małe, na pierwszy rzut oka niepozorne chwile, moje drobne artykułowane słowa, po których jej policzki nabierają koloru purpury. Jest wtedy piękniejsza niż kiedykolwiek, jak najsłodsze, truskawkowe landrynki, czy pęk bzu, delikatny a jednocześnie posiadający ten zapach, który zapada w myślach na wieczność. Siedzi gdzieś w zakamarkach szarych komórek i przypomina o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Zapachu bzu się nie zapomina. Jest subtelny, a przywołuje tyle wspomnień i sprawia, że od razu czujesz jakiś sens, wiesz, że istnieje coś, dla czego warto żyć i trwać. Bezimienna przypomina małe, kruche, kolorowe szkiełka, które przy najmniejszym dotyku rozpadają się na milion kawałeczków, a jednocześnie jest jak oszlifowany diament – idealna i nieskazitelna.

Pośpiesznie zdjąłem z wieszaka kurtkę, która i tak nie byłaby mi potrzebna, bo temperatura otoczenia była mi obojętna aż do skrajności. Bezlitośnie próbowałem sobie wmówić, że wszystko będzie dobrze, że trzeba mieć nadzieję na to pieprzone światełko w tunelu.

Kilka minut po wyjściu na zewnątrz poczułem nieprzyjemne dreszcze. Każdy centymetr mojej skóry był pogrążony w malutkim szoku termicznym. Chłód wiatru otumaniał pojedyncze fragmenty ciała. Nie miałem ochoty się zatrzymywać, wracać po cieplejszą kurtkę albo chociaż szalik, który uchroniłby moje i tak zdewastowane gardło przed grypą. Wyszedłem na Piotrkowską, bo nasze mieszkanie (a raczej moje mieszkanie, które zostało zaadoptowane i wzięte pod opiekę przez najlepszą panią domu na tej planecie) znajdowało się na rogu Piotrkowskiej i Moniuszki, ale szybko poczułem, że nie był to najlepszy pomysł. „Piotrek, nie jesteś dzisiaj nawet odrobinę błyskotliwy. Wydawało ci się, że kilka minut po 14:00 główna ulica Łodzi będzie pusta? Zawiodłem się na tobie.” – prowadziłem wewnętrzny monolog ze swoim mózgiem, w którym myśli nadal toczyły zaciętą walkę o przetrwanie i doszczętne spustoszenie mojego ego. Moje ego znajdowało się teraz niżej niż krawężnik i w najbliższym czasie nie zamierzało podnieść się z kolan i wzlecieć na wyżyny. Czułem się chujowo.

Nienawidzę zatłoczonych ulic, nienawidzę tych oczu, które przeszywają mnie na wskroś, tych ludzi, którzy oceniają cię po jednym, błahym spojrzeniu i udają, że wiedzą o tobie wszystko tak naprawdę nie wiedząc nic. Jedna wolna ławka, jedyna pusta na całej Piotrkowskiej. Usiadłem i nie obchodziło mnie już nic. Wszystko wirowało, toczyło się swoim rytmem, a ja byłem jakby obok, w innym świecie, w swoim własnym wymiarze bez problemów, bez trosk, bez żalu i emocjonalnych przepaści. Uwolniłem myśli, pozwoliłem im wzlecieć do nieba, ale zabroniłem wracać. Zawisły w powietrzu, a mną zawładnęła obojętność. Na świat, na ludzi, na huragany i burze, na uśmiech i płacz, na uprzedzenia, nietolerancje i osądy. Przez chwilę byłem nikim, to była moja chwila.

- Panie kochany, nie poczęstowałbyś pan papierosem? – usłyszałem nagle i obudziłem się z pięknego transu, jakby ktoś nagle wyrwał mnie z idyllicznego snu.

- Panie, czy ja wyglądam jakbym palił? Niech pan znajdzie innego frajera. – odpowiedziałem opryskliwie i leniwie spojrzałem na zegarek – 17:35.

- Kawalerze, ja tam nie wiem, czy kawaler pali, ale na pewno nie jest pan szczęśliwy. – ochrypły głos wskazywał na niski procent krwi rozpuszczonej w przesiąkniętych alkoholem żyłach.

- A pan, kurwa, co? Wróżka? Daj mi pan święty spokój.

Już widzę, że na jednym zdaniu się nie skończy. Mocno wstawiony gość siada obok mnie i wiem, że to będzie dłuższa rozmowa. Na moje nieszczęście. Nie mam teraz ochoty z nikim gadać. Mój wewnętrzny egocentrus jest w swojej najmocniejszej fazie, a obojętność nie błądzi już po moim organizmie, ja teraz emanuję obojętnością.

- Ja kiedyś byłem szczęśliwy, miałem rodzinę, żonę, dom. Wiesz pan… Ja tego nie doceniałem, tylko wóda się liczyła, a mogłem tyle osiągnąć. – nieznajomy kontynuował swój monolog, ale wszystkie jego słowa przelatywały obok mnie i obijały się o ściany brudnej kamienicy.

- Po co pan mi to mówi? Psychologiem nie jestem, nie pomogę.

- Synu, ostrzec cię chcę. Korzystaj z tego, co masz. Bo wiesz… to jest ważne. Trzeba doceniać każdy dzień i małe chwile, a nie całe zdarzenia. Widzisz, co alkohol robi z człowiekiem?

- Ja już nie mam ochoty walczyć. Wszyscy widzą we mnie tego najgorszego, zepsutego, nadgryzionego przez komercję. Ja już nawet prywatność utraciłem. Dziewczyna jest na mnie cholernie zła. Nie mam siły sprzeciwiać się całemu światu. Ktoś mi kiedyś powiedział, że podobno najwięcej tracą ci, którzy idą pod prąd i negują wszystko po kolei…

- Roguc, tchórzem jesteś i tyle. Nie pozwól pociągnąć się na dno, nie zamartwiaj się, nie analizuj wszystkiego na wszystkie strony, po prostu żyj… - wyszeptał cicho ostatnie wyrazy, spojrzał na mnie oczyma pełnymi współczucia, podniósł się i najzwyczajniej w świecie poszedł przed siebie.

Nie będę nawet podejmować prób odgadnięcia, skąd ten facet znał moje nazwisko i skąd wiedział kim jestem. Bezdomni też słuchają muzyki? Nie ukrywam, że te parę słów dało mi trochę do myślenia. Powinienem wszystko przeanalizować na spokojnie, przejmować się komentarzami innych, nie roztrząsać każdej błahostki. To, co tworzę jest moje, jest dla mnie, jest wytworem mojego umysłu, moich przemyśleń, mojego cierpienia, zmagania z samym sobą. Jest próbą walki z przeciwnościami losu, walki z racjami wpajanymi mi od dziecka. Ten świat wariuje, bezustannie wmawiają nam coś zupełnie odwrotnego niż to, czego nauczyli mnie rodzice. Czuję się jak małe dziecko we mgle, poruszam się po omacku i nierzadko zdarza mi się zabłądzić, bo podążam za ludzkością. Koniec. Chcę robić swoje, chcę pokazać ludziom, że można inaczej, można lepiej, mocniej, więcej. Zamiast rozpadać się na mikroskopijne części i pozostawać w rozsypance słowno-emocjonalnej, trzeba starać się pozbierać wszystkie elementy własnego „ja” i posklejać kawałki poobijanej duszy w jedną, spójną całość.

Zrobiło się już cholernie ciemno, fasady kamienic pochylały się nade mną, czarne uosobienia lęku wypełzały z osnutych tajemnicą bram powodując kołatanie zmęczonego serca. Moje myśli spadły z nieba, gdzie wisiały bezwładnie kilka godzin i gwałtownie, jedna po drugiej wróciły do rudej głowy. Wrócił zapach bzu i truskawkowe landrynki, które uwierały teraz kieszeń pełną moich rozpaczy i westchnień. Bezimienna przypomina mi o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Tak idealny obraz wspomnień w obwolucie z kwiatów i cukierków przerwały na wskroś irytujące wibracje telefonu, który najchętniej rozkruszyłbym na milion partii, tak, żeby rozpadł się na pył i okruchy.

- Piotr, wracaj do domu, jest późno. – brzmiała stanowczo, jeśli tak delikatny, słodki jak miód głos może brzmieć w jakimkolwiek stopniu stanowczo.

Anielski głos z niebios, głos bezimiennej, który potrafi przemycić promienie słońca nawet w hipertroficznie zanieczyszczony smutkiem dzień. Chciałbym słuchać jej słów, nie odpowiadać, tylko pozwolić im spłynąć na mnie jak deszcz i pozostać na zawsze. Chciałbym, żeby jej słowa wpiły się w moją skórę, żebym mógł zabierać je ze sobą w każdy zakątek Polski, żeby brzmiały w moich krwinkach, żyłach, szarych komórkach, żeby były przy mnie zawsze i nigdy nie pozwoliłbym im odejść. Nie pozwoliłbym im się ulotnić.

- Jadłaś? – zapytałem, nie zastanawiając się, czy to odpowiednia chwila na tego typu opowieści.

- Żyjesz, dzięki Bogu… Wracaj, słyszysz? – wyczuwałem lekkie zaniepokojenie, zdenerwowanie, roztrzęsienie, ale na pewno przeżywała teraz coś pokroju zawału czy trzęsienia ziemi, a złagodzenie tych objawów mogło być skutkiem przyjęcia niebotycznej ilości leków uspokajających.

Odparłem tylko, że będę za jakiś czas, schowałem telefon z powrotem do moich ulubionych, spranych Levisów i z wielkim bólem wstałem z ławki, z którą powoli zaczynałem czuć się zespolony. Piotrkowska była teraz przeraźliwie pusta, od czasu do czasu mijał mnie jakiś zgorzkniały pijaczyna z prośbą o „dwa złote na wino”. Postawiłem jedną stopę na krawężniku, a drugą starałem się utrzymywać równowagę, wyobrażając sobie, że stoję nad wielkim wulkanem, pełnym rozżarzonej lawy i jeden marny krok, centymetr w jedną czy w drugą stronę dzieli mnie od pogrążenia swojego ciała w otchłani, która zabierze mnie w swoje ogniste, pełne zdradliwego ciepła ramiona i nigdy nie odda.

Spojrzałem w górę. Gwiazdy. Horrendalnie przytłaczająca ilość małych, świecących kropeczek. Granatowe, czyste, gładkie i wbrew pozorom cholernie zatrute fabryczną lirycznością miasta niebo. Zrozumiałem, że nic nie stoi mi na drodze, nic mnie nie ogranicza, a jedynym limitem jest natłok chmur wiszących nade mną. Jestem małym, szarym, szklanym człowiekiem, który dzięki swojej zawziętości i odrobinę autystycznej wyobraźni może zwojować świat i przebić szpilką marzeń granicę gęstych obłoków cynizmu, nienawiści czy zazdrości. Nie patrzyłem teraz na to, czy czas płynie szybko, czy może każda minuta przeciąga się jak kot. Dla mnie wskazówki stały w miejscu i były tylko zwykłymi, nic nie znaczącymi kreskami przymocowanymi do okrągłej tarczy. Niech wszyscy patrzą, niech wiedzą kim jestem, niech pochopnie osądzają, niech plują, wyzywają, wytykają palcami, obrzucają skrajnie raniącymi duszę epitetami. To ja, Piotr Rogucki, a to, co zaraz się wydarzy to mój mały spektakl dla samego siebie, dla moich słabości i uprzedzeń, dla pławiących się w oceanie bezsilności przemyśleń i przecinających mnie na wskroś, paraliżujących niepewności, dla mojego ego, aby wreszcie podniosło się ze zdartych przez ascezę kolan i zrozumiało, że warto walczyć. Dla siebie.

Szeptem, Piotr. Szeptem.

"Zajrzawszy do plecaka znajdzie gruszki, gdzie szwajcarski nóż?

Zapomniał scyzoryka, nie obierze ich ze skór,

Rękawy u koszuli poplamione krwią…"


Słowa, które łagodnie przemykały w harmonii mojego pomrukiwania tykały mi w głowie, jakby próbowały wypełnić puste przestrzenie i upchnąć swoje małe literki w zawiesinie błędów, słabości, spieprzonych chwil, zaprzepaszczonych szans i wspomnień, które już dawno powinienem pchnąć w kąt mózgu z adnotacją „nie rozpamiętywać”.

"Loki, gdzie twój nóż?"

W tej samej sekundzie zobaczyłem postać, zbliżającą się ciemną plamę, wyłaniającą się zza rogu i ogarnęło mnie paraliżujące przerażanie, ale myśl, która akurat przelatywała przez moją głowę, zakrzyknęła „Pieprzyć to, śpiewaj, twoje przedstawienie trwa”. Zacząłem kołysać się rytmicznie, przerzucając ciężar z nogi na nogę, stąpałem lekko po kamiennym chodniku, mój oddech stawał się płytszy, przerywany nerwowym przełykaniem śliny, która w nadmiarze zaczęła napływać mi do zmarzniętych ust. Persona non grata w pewnym momencie zatrzymała się, nie ujawniając swojej twarzy, ale czułem, że lęk odpływa z nurtem nocnej zmiany, a dziwne, surrealistyczne, wyimaginowane ciepło wlewa się cienkim strumieniem do kołatającego serca. Nasze głosy dopełniały się w charakterystyczny sposób. Przypominały smołę i miód, wodę i ogień, pieprz i wanilię. Tajemnicza postać zsynchronizowała się ze mną tak płynnie, że aż nadzwyczaj niewyobrażalnie, jakby połączyć ze sobą mechanizmy zegarka, które po wskoczeniu na odpowiedni tor działają w nienagannej symbiozie.

"Księżycowy nów, ów patron zbirów,

Loki, gdzie twój nóż?

Ukryj się jak tchórz,

Bliźniemu nie mów słowa…"



Poczułem czyjąś drobną, delikatną dłoń na swoim ramieniu, gorący, przyspieszony oddech na nieosłoniętej niczym szyi i tak bardzo znajomy mi zapach. „Bez” – szepnąłem, odwracając się, by poznać twarz mistycznej postaci…
___________________________________

Besos chicas!

7 March 2016

I could've been a writer #1


Kiedyś miałam hobby. Lubiłam pisać. Zapisywałam zeszyty w tempie karabinu maszynowego. Pisałam to, co siedziało mi w głowie, wylewałam na kartkę te malutkie rzeczy siedzące w zakamarkach mojej wyobraźni. Pamiętam, że szło mi całkiem nieźle, kiedyś nawet byłam z siebie dumna. Umiałam docenić to, że mam jakiś tam talent. Ludzie to czytali, podobało im się, zachwycali się tym, z jaką łatwością dobierałam słowa, jakie stosowałam metafory, jak potrafiłam oddawać siebie w tekście. 

BOOM! Wystarczył jeden moment, jedno zdarzenie i moja kreatywność umarła śmiercią naturalną. Nadal skrywam w sobie nadmiar niewypowiedzianych myśli, ale nie umiem ich przelać na papier, nie potrafię pisać naturalnie. Najgorsze jest to, że nie umiem nawet ocenić, czy to, co stworzę jest znośne, czy raczej nadaje się do kosza.

Dlaczego zdjęcie Piotra? Bo jedną z ostatnich rzeczy, jakie napisałam było wypracowanie o nim i o tajemniczej "bezimiennej". To miało pójść do szuflady, jak wszystko, ale stało się... oddałam polonistce trzy kartki mojej pseudo-twórczości i nie oczekiwałam wiele. To była mizerota, amatorszczyzna, nic specjalnego. A jednak... kolejny raz w moim życiu zostałam doceniona, a nie zdarza się to często. Teraz w sumie już wcale się nie zdarza.

Nie wiem... Może wam się spodoba? Jeśli ktoś z was dotrwa do końca to będę z was cholernie dumna! 
_____________________________________________

Możnaby powiedzieć, że koncert był jak każdy inny. Gorąco jak w piekle, wrzeszczące nastolatki, źle nastrojony mikrofon. Generalnie nie byłem zadowolony. Po pierwszym secie rozbolało mnie gardło i starałem się wybłagać managera o choćby malutką przerwę. Szczerze mówiąc, miałem już trochę dość a na domiar złego Łódź od rana była mokra, szara i brzydka. Powiedziałbym, że „jak zwykle”…

„Dokąd płynie miasto moich snów? Dokąd płynie niekochana Łódź?” No płynie, jak rwący potok, od wchodu słońca. Lubię to miasto. To w końcu tutaj się wychowałem i żyję 23 rok. Wrosłem w wilgotne, przemysłowe pejzaże. Łódź nauczyła mnie rozumieć sztukę. Ale wróćmy do koncertu…

O naszym występie było głośno od dobrych dwóch miesięcy, bo nareszcie „Coma zagra w swoim rodzinnym mieście!”. Tak, tak, super, fascynujące. Od kilku tygodni koncerty mnie wykańczały. Struny głosowe były jak płonąca stodoła błagająca o pogotowie przeciwpożarowe. Wydanie jakiegokolwiek tonu było dla mnie mordęgą. Ludziom i tak się podobało, ale podejrzewam, że zachwycaliby się nawet moim „lalalalalala…”. Wcale nie popadłem w samozachwyt, ale opinie, które czytam o sobie na różnych internetowych portalach nie brzmią „Roguc ma dobry, mocny głos i poczucie rytmu!” tylko raczej „Ojejusiu Piotrek Rogucki jest taki śliczny, przespałabym się z nim milion razy!”. No na litość boską! Ja tworzę muzykę, a nie pracuję w branży pornograficznej.

Uzgodniłem z zespołem, że zajmą tłum jakimś solo przez kwadrans, a ja trochę odetchnę. W ekspresowym tempie ulotniłem się do garderoby. Nie paliłem od rana, a dochodziła 19:00. Papieros i woda z cytryną i miodem brzmiały całkiem rozsądnie. Wyjąłem paczkę z tylnej kieszeni moich czarnych Levisów i odpaliłem zielonego L&M’a. Zaciągnąłem się lekko i poczułem jak gęsty obłok dymu wypełnia moje płuca, nikotyna zaczyna krążyć w krwioobiegu, dostarczając miliony szkodliwych substancji moim krwinkom. Oh tak, tego mi było trzeba… Podszedłem do małej lodówki, wyjąłem z niej butelkę wody, wcisnąłem resztkę cytryny, która leżała na stole i wmieszałem łyżeczkę wielokwiatowego miodu. Upiłem kilka sporych łyków, a stan mojego gardła szybko się poprawił. Dla pewności zanuciłem fragment „Spadam” i z dumą stwierdziłem, że wyszło całkiem dobrze. Zostało mi jeszcze jakieś osiem minut. Usiadłem przed lustrem, ogarnąłem mojego krótkiego irokeza, przetarłem twarz dłonią i poprawiłem wszystkie te „ustrojstwa” przy pasku do spodni. Zgasiłem fajkę, odchrząknąłem, po czym usłyszałem „Piotrek chodź już, teraz „Pierwsze wyjście z mroku””. Nie zdążyłem nawet odrobinę odpocząć, nie miałem ochoty na drugą część koncertu, ale zebrałem resztki sił i wszedłem na scenę. Natychmiastowy pisk tych młodych siks doprowadzał mnie do szału. Justin Bieber to nie ten koncert, sory.

„Przed świtem obudziłem się być żyć, wplątany w cudzą pościel, w cudze sny…”. Swoją drogą „Pierwsze wyjście…” to jeden z tych kawałków, z których jestem cholernie dumny. Zawsze na koncertach moją uwagę przyciągali ludzie przy barierkach. Spojrzałem na skaczący tłum i jedyną osobą, która najmocniej rzucała mi się w oczy była drobna dziewczyna. Od początku koncertu trzymała ręce w górze i trzepała głową jak otumaniona. „No tak, zapadła w Comę…” – pomyślałem, uśmiechając się delikatnie między wersami piosenki. Ta „bezimienna” wielbicielka wyglądała na jakieś 19 lat i miała w sobie coś, co zachęcało do zwracania wzroku w jej stronę. Podszedłem bliżej i złapałem kilka osób za rękę, JĄ też. Była niezmiernie zadowolona i podniecona. Nietrudno było zauważyć, że mała ma Comę w sercu. Na ułamek sekundy spojrzałem w jej oczy. To, co zobaczyłem poruszyło mnie niesamowicie. To był trans. Ona przeżywała każdy kawałek, śpiewała razem ze mną. Moje słowa nasycały jej duszę, doprowadzały na skraj rozkoszy, opanowywały serce i rozum. Była we mnie wpatrzona jak w obrazek. Każdemu życzę takiego Coma-orgazmu, jakiego doznawała ta dziewczyna pod sceną.

Zagraliśmy jeszcze „Ostrość na nieskończoność”, „0Rh+” i „Lśnienie”, a na bis „Sto tysięcy jednakowych miast”, o które publiczność dosłownie nas błagała. Jutro nie będę mógł mówić, znowu… Coraz częściej pytam sam siebie, czy przypadkiem nie narzuciłem sobie zbyt szybkiego tempa. Pięć koncertów w ciągu tygodnia i moje gardło nadawało się na złom.

Wybiła 20:40 i skończyliśmy ten głupi spektakl. Zamówiliśmy z chłopakami pizzę, a w międzyczasie rozdawaliśmy autografy. Na końcu długiej kolejki stała ta młoda kobieta w koszulce z „Hipertrofią” i w jasnej dżinsowej koszuli. Na swoich zachwycających nogach miała ciężkie oficerki z ćwiekami. To tylko kolejna zwariowana fanka, a jednak nie potrafiłem tak po prostu podpisać jej tej płyty i pójść dalej. Jakaś dziwna siła mówiła mi, że powinienem zamienić z nią kilka słów. Przecież nie zapytam, czy jej się podobało albo jaki nasz album lubi najbardziej. Ten dylemat stał się najgorszym koszmarem, który będzie dręczył moją duszę dopóki nie porozmawiam z „bezimienną”.

Po kilkudziesięciu autografach poprosiłem ochroniarza, żeby wprowadził tę dziewczynę do naszej garderoby i zaproponował jej coś do picia. Kiedy mnie mijała, żeby pchnąć drzwi i wejść tam, gdzie prosiłem, poczułem dziwne napięcie, coś jak prąd, przez który wewnętrznie eksplodowałem. Nie ogarniam samego siebie. Ona jest zwyczajną psychofanką, jak milion innych, które szaleją za moją muzyką. Jak mogłem zauważyć ją pośród ponad 200 osób pod sceną. Z całego koncertu to właśnie rozdawanie autografów było najbardziej nużące. Po trzech latach zostawiania swojego podpisu wszędzie nadal do tego nie przywykłem. Prawie usypiałem za biurkiem i jednogłośnie stwierdziliśmy, że już starczy tego marnowania tuszu, więc zostawiliśmy tę biedną kolejkę i czmychnęliśmy do garderoby. Pizza zdążyła już wystygnąć, ale nasze zmęczenie sięgnęło zenitu i szczerze mówiąc temperatura tego, co wkładałem do ust była mi mocno obojętna. „Bezimienna” już chyba odrobinę przysypiała, ale adrenalina trzymała ją jeszcze przy życiu. Kiedy zobaczyła nas wchodzących do „pomieszczenia chillout’u” niemalże podskoczyła na krześle, od razu się podniosła i uśmiechnęła tak szeroko, że określenie „od ucha do ucha” możnaby zastosować dosłownie.

- Spokojnie… - odparłem, lekko unosząc kąciki ust. – usiądź…

- To jakieś losowanie? Jestem szczęśliwym numerem, który wygrał spotkanie z zespołem? – jej słowa nabrały szybkości karabinu maszynowego.

Parsknąłem śmiechem.

- Nie rozumiem… - dodała speszona.

- Serio, wyluzuj. Powiedzmy, że jesteś tym „szczęśliwym numerem”, mhm… Nie zamierzam cię truć pigułkami ze słów. – czy ja właśnie zacytowałem swój własny tekst?

- „OSTROŚĆ NA NIESKOŃCZONOŚĆ!” – krzyknęła.

- Oddychaj, na litość boską. To nie jest „Jaka to melodia?”. Po prostu nie mam zamiaru zalewać cię oceanem zdań. Daj, podpiszę ci ten durny bilet, a potem… nie chciałabyś pójść z nami na kawę?

- Ale panie Piotrze… - zaczęła.

- Piotr, wystarczy Piotr. To jak będzie?

- Generalnie to nie przepadam za kawą, ale jeśli już dostąpiłam zaszczytu… - kontynuowała dość formalnie, co lekko mnie przerażało.

- Earl Grey? – swoją drogą, jak można nie lubić kawy, rany.

- Z chęcią panie Piotrze. – odpowiedziała ledwie słyszalnym szeptem.

- Denerwujesz się, a ja nie widzę powodu. Koncert się skończył, wróć do żywych, bo chyba nadal trzyma cię Coma. – uśmiechnąłem się ciepło.

- Trafna gra słów, jak zawsze zresztą. – to zdanie brzmiało już dużo pewniej.

- Ooo, budzimy się powoli. Podobał ci się występ? – cholera, zadałem jedno z pytań znajdujących się na liście „NIE ZADAWAĆ”

- Uważam, że to pytanie retoryczne. Skoro pan na mnie patrzył przez połowę koncertu, to chyba pan wie, nieprawdaż?

- Tak sobie pomyślałem… nie chciałabyś pójść ze mną gdzieś? Łódź jest ładna wieczorem, możemy się przejść.

- Jestem zszokowana i nadal nie dociera do mnie gdzie jestem i z kim, ale jeśli to nie sprawi problemu…

- To ja tu proszę. Odpowiedz po prostu tak czy nie. Jestem zmęczony i zapaliłbym, więc wolałbym szybko wyjść na dwór.

- Mój organizm też domaga się nikotyny. Możemy wyjść „ot tak”? Nie staranuje nas tłum?

- O to się akurat nie martw. Przecież nie mam zamiaru iść Piotrkowską i krzyczeć, że jestem wokalistą Comy. Myślałem o parku, ale to dość ryzykowne. Chodźmy w takim razie gdziekolwiek, gdzie jest cicho. Propozycje?

- Mnie nie pytaj, nie mam pojęcia. Nie eksploruję Łodzi w aż takim stopniu.

- Dobra, hmmm… więc dzisiaj poznasz mieszkanie Piotra Roguckiego, pasuje?

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem te tajemnicze „świeczki” w jej oczach. Posłała mi spojrzenie pełne zdziwienia, czy raczej zaskoczenia, jakbym pytał co najmniej o wycieczkę na księżyc piechotą.

- Ale… co? Jak to? – wyszeptała zszokowana.

- Powiedziałbym „let’s seem the glory of this time”, ale wtedy drugi raz zacytowałbym samego siebie, a to trochę chore.

- Ja głupia, mała psychofanka mam postawić swoją marną stopę w domu takiego geniusza jakim jest Piotr Rogucki?

- Proszę cię, stop. Nie uważam się za geniusza. Idziemy?

- A mogę coś powiedzieć zanim ruszymy?

- Pewnie… Dajesz.

- Jesteś dla mnie większy od nieba, większy od świata, rozjaśniasz mój dzień, inspirujesz mnie do codziennych działań, twoja idealna muzyka pomogła mi przejść przez najgorsze chwile mojego życia, twoje piosenki podnosiły mnie z dołka i dzięki nim wzlatywałam do nieba. Dałeś mi siebie poprzez muzykę i za to dziękuję ci z całego serca. Piotrze, jesteś moim wszystkim…

Poszli, poszli dalej niż im się wydawało. Wzlecieli w górę, sięgając wszechświata i miłości, której nie doznali jeszcze nigdy. Miłość zwykłej, szarej fanki i Piotra Roguckiego, wokalisty wyciągniętego z utopijnego świata, jakim jest Coma-trans sięgnęła chmur. Marzenia naprawdę się spełniają. Chociaż… czy „bezimienna” (jak zwykł nazywać ją Piotr nawet po poznaniu jej imienia) śniła o tak bliskim spotkaniu? Czy coś takiego w ogóle istniało w zakamarkach jej wyobraźni? Może było gdzieś w głębi małego serduszka wiernej wielbicielki, która teraz stała się całym światem dla swojego muzycznego ideału…
Warto wierzyć…